środa, 19 października 2016

Złote Pieniny plener październik 2016

W ubiegły weekend całkiem nieoczekiwanie pojechałem znów na plener w góry z Michałem Sośnickim. W ostatniej chwili decydowałem się na wyjazd.  Zostało ostatnie miejsce na plener "Pienińska jesień" i byłem zdecydowany pojechać tylko nie mogłem znaleźć sensownego połączenia do schroniska Trzy Korony. Z pomocą Michała i dzięki uprzejmości Joanny udało mi się zorganizować transport na miejsce ( w tym miejscu chciałbym jeszcze raz gorąco podziękować Joasi za miłą wspólną podróż). Wyjechaliśmy z Warszawy o 7:15 i po długiej ale bardzo miłej podróży dotarliśmy na miejsce o 14:30. Po przywitaniu z całą ekipą ( no prawie całą bo nie było jeszcze Sławka)  i zjedzeniu pysznego pstrąga, wyjechaliśmy na Słowację do Przełęczy pod Tokarnią. Stamtąd wchodzimy na Wysoki Wierch żeby podziwiać panoramę o zachodzie słońca. Pogoda jest całkiem ładna, niestety na zachodzie gromadzi się gęsty pas chmur przez co niebo nie jest tak kolorowe jak byśmy chcieli. Przejrzystość powietrza też nie pozwala na robienie ładnych i wyraźnych zdjęć Tatr. Mimo to cała ósemka stara się wyciągnąć z tego miejsca i zastanych warunków co się da. Po zachodzie wracamy do schroniska i słuchamy wykładu Michała. 






















Następny dzień rozpoczynamy od wyjazdu o godzinie 3:15 na Przełęcz Snozka. Zostawiamy tam samochody i idziemy na wieżę widokową na Lubaniu. Po około dwóch godzinach dosyć spokojnego ale niezbyt przyjemnego (większość drogi po deszczu zamieniła się w błoto) wchodzenia i spotkaniu małej Salamandry docieramy na szczyt. Po wejściu na wieżę okazuje się że mam mały problem - mój statyw jest za niski abym mógł fotografować na samej górze. Schodzę o jeden poziom niżej i tam nie mam już problemu z za wysoką barierką. Z niższego poziomu nie widzę jednak strony wschodniej gdzie jak później się okazało na zdjęciu naszego guru były całkiem ciekawe widoki. Znów pasmo chmur tym razem na wschodzie nie pozwala na wyraźne kolory, a i słaba przejrzystość powietrza daje się we znaki. Robimy jednak parę fajnych zdjęć i po wschodzie schodzimy z wieży.














Przed drogą powrotną robimy sobie jeszcze zdjęcie grupowe (całe szczęście że tym razem się udaje, bo w Tatrach nie zdążyliśmy).







Wierza widokowa na Lubaniu
Po powrocie do schroniska mieliśmy mieć przerwę po śniadaniu, lecz Michał za względu na złą prognozę pogody na niedzielę proponuje zmianę w planie. Wszyscy już (Sławek wreszcie dojechał) ruszamy do Szczawnicy pod wodospad Zaskalinik. Tam robimy zdjęcia na długich czasach.




Cała ekipa w ferworze walki







Później przejeżdżamy do Wąwozu Homole w Jaworkach. Tam również głównie robimy zdjęcia na długich czasach naświetlania.






Michał w trakcie robienia zdjęcia





Na zachód słońca jedziemy do Czorsztyna. Tam zastajemy całkiem dobre warunki i tylko ta słaba przejrzystość powietrza przeszkadza. Na niebie wychodzą ładne kolory lecz Tatry nie są dobrze widoczne i nie są ładnie oświetlone. Robimy jednak parę fajnych ujęć.






















Zamek w Niedzicy
Zamek Czorsztyn




Babia Góra



Na koniec łapiemy jeszcze wschodzący księżyc i wracamy. Do schroniska na obiado-kolację.




Miejsce nad jeziorem czorsztyńskim jest na tyle ładne że na pewno tam wrócę w lepszych warunkach. Po kolacji część grupy idzie spać, a reszta ogląda przywiezione przez siebie zdjęcia. Muszę przyznać że muszę się jeszcze sporo nauczyć.
Wieczorem prognozy pogody niestety nie wróżą nic dobrego. Decydujemy wspólnie że zamiast wejścia na Trzy Korony pojedziemy na Przełęcz nad Łapszanką lub Hanusovske Sedlo. Rano o 5:30 wyjeżdżamy i po dotarciu na przełęcz czekamy na rozwój wypadków. Niestety cały czas kropi a góry początkowo jeszcze widoczne powoli są zasłaniane przez mgły. Prowadzący decyduje o zmianie i jedziemy na Hanusovske Sedlo, jednak tam jest jeszcze gorzej. Wracamy więc do domu. Po drodze spotykamy jeszcze tylko jelenia z łaniami a później całe stado lecz nie udaje nam się zrobić zdjęć ( aparaty leżą w plecakach w bagażnikach). Po dotarciu do schroniska robimy zdjęcia z balkonu i to są najlepsze zdjęcia jakie mogliśmy zrobić tego dnia.











W schronisku zjadamy śniadanie i już bez paru osób które wcześniej wyjeżdżają słuchamy instruktarzu o Lightroomie ( kolejny raz nie przemawia do mnie jego interfejs). Po 12:00 wszyscy powoli się rozjeżdżają do domów. Kolejny raz poznałem nowych fajnych ludzi. Dzięki nim plener był bardziej udany niż pozwalała na to pogoda. Mam nadzieję że jeszcze się spotkam z Gosią, Asią, Agnieszką, Tomkiem, Sławkiem, Błażejem, Robertem i oczywiście Michałem. Plener nie był tak wymagający fizycznie jak tatrzański, ale równie urokliwy pod względem widoków. Polecam plenery z Michałem Sośnickim jest bardzo fajnym człowiekiem i co najważniejsze wie u kogo zamawiać pogodę (na dwa plenery tylko po jednym dniu nie było pogody do zdjęć). Mam nadzieję że w przyszłym roku uda mi się znów wyjechać w góry (może teraz Karkonosze).



sobota, 24 września 2016

Tatrzański Plener Fotograficzny Wrzesień 2016

W zeszłym tygodniu byłem w Tatrach. Był to plener pięciodniowy z fotografem Michałem Sośnickim. Jak się okazało Michał to niezły wariat w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lubię wyzwania więc ciągła zmiana planów na coraz bardziej wymagające bardzo mi odpowiadała. Na plener wyruszyłem już we wtorek 13-09-2016 o 23:50 Polskim Busem. Do Zakopanego dotarłem o 6:40, więc trochę przed czasem co bardzo mi odpowiadało. O 7:15 byłem już w Willi Zwijaczówka. Tam właścicielka przywitała mnie pyszną jajecznicą za którą bardzo dziękuję. Ponieważ byłem dużo przed oficjalnym rozpoczęciem pleneru to po rozmowie z Panią Anną Zwijacz i otrzymaniu paru cennych wskazówek postanowiłem zrobić sobie rozgrzewkę.
Poszedłem na Gęsią szyję przez sanktuarium na Wiktorówkach. 



Tam czekał mnie całkiem ładny widok, jak się później okazało najładniejszy tego dnia.
Zszedłem przez Równinę Waksmundzką do Psiej Trawki, a później poszedłem na Brzeziny i do Willi Zwijaczówka. W końcu miała to być tylko rozgrzewka a zrobiłem 14,5 km. 





Niedługo pomnie zaczęli zjeżdżać wszyscy uczestnicy pleneru. Okazało się że jest to całkiem wesoła ekipa(Mariola, Marzena, Jagoda, Kinga, Kasia, Agnieszka jedna i druga, Ania, Czarek, Krzyś i oczywiście Michał). Od razu Michał zaproponował zmianę planów. Ponieważ dobra pogoda miała się utrzymywać do soboty to wszyscy zgodnie postanowiliśmy pójść na Rysy na wschód słońca. Pierwszy dzień zakończyliśmy zachodem słońca na Wielkim Kopieńcu. Niestety wieczorem pogoda nas nie rozpieszczała więc zachód był raczej nie udany. Za to ekipa co prawda nie cała (część została aby się wyspać przed wejściem na Rysy) zaczęła się zgrywać ze sobą.


Drugi dzień zaczęliśmy jeszcze pierwszego dnia. Po przespaniu całej jednej godziny pojechaliśmy o 23.50 na Słowację. Około godziny 0:50 zaczęliśmy wspinaczkę na Rysy. Po pięciu kilometrach spaceru po asfalcie dotarliśmy wspólnie do właściwego podejścia na Rysy. Tutaj ekipa trochę się rozciągnęła i na szczyt dotarłem sam następnie Krzysiek oraz Agnieszka, Ania, Mariola i Czarek. Reszta ekipy niestety nie zdążyła na wschód na sam szczyt więc zostali w przełęczy Waga. To była słuszna decyzja Michała bo widok stamtąd mieli bardzo podobny. Na szczycie zabrakło trochę chmurek ale widok i tak był wspaniały. (Mój plan zakładał wejście na Rysy dopiero za dwa lata ale nie wiedziałem że spotkam Michała i plan trochę przyspieszy.) 











Po zrobieniu sam nie wiem ilu zdjęć w końcu zaczęliśmy schodzić ze szczytu. Zatrzymaliśmy się w schronisku pod Wagą i czekaliśmy na resztę ekipy. Po dłuższym odpoczynku i posiłku w Chacie pod Rysami zaczynamy wędrówkę w dół. Droga powrotna obfitowała w zaskakujący krajobraz którego wchodząc po ciemku w ogóle nie zauważyliśmy. 













Na dole zahaczyliśmy jeszcze o symboliczny cmentarz ofiar gór pod Osterwą.




Całą ekipą wracamy do Polski na obiadokolację. W drodze do Zwijaczówki Michał jednak proponuje krótki wypad na zachód słońca na Antałówkę. Widok był całkiem ładny a na pewno ładniejszy niż dzień wcześniej na Wielkim Kopieńcu.









Następny dzień zaczęliśmy od pobudki o 4:00 by wyjechać na przełęcz nad Łapszanką.
Na miejscu Michał kolejny raz zmienia plany. W związku z brakiem chmur decyduje o przeniesieniu się na Słowację na Hanusovske Sedlo gdzie zastajemy przepiękne mgły. 








Po pięknym poranku wracamy z postojem na stacji benzynowej gdzie oprócz paliwa zjadamy śniadanie. O godzinie 9:00 meldujemy się na zatłoczonym już parkingu do Morskiego Oka. Stamtąd przez Wodogrzmoty Mickiewicza gdzie część ekipy trenuje długie czasy naświetlania poszliśmy doliną Roztoki do wodospadu Wielka Siklawa. 



Pod wodospadem zastajemy dosyć trudne warunki ponieważ słońce właśnie pojawiło się nad Siklawą. Na szczęście trochę pierwszych chmurek pojawia się i udaje się mi oraz Krzyśkowi zrobić parę ładnych zdjęć wodospadu na długim czasie naświetlania. Reszta ekipy powoli nas dogania ale ja idę już dalej na górę do doliny Pięciu Stawów.







Na górze niestety wszystko jest mocno przymglone i z powodu słabej przezroczystości powietrza robię tylko parę zdjęć. W dolinie robimy postój w schronisku gdzie jemy obiad i czekamy na resztę grupy. Początkowy plan zakładał że albo wchodzimy na Kozi Wierch i wracamy tą samą drogą do samochodów, albo idziemy na Szpiglasowy Wierch i następnie schodzimy nad Morskie Oko oraz wracamy doliną Rybiego Potoku. Po raz kolejny tego dnia prowadzący podejmuje słuszną decyzję i w związku z brakiem czasu wybieramy krótszą wersję z Kozim Wierchem. 









Na górę wchodzi cała dziesiątka jednak tylko szóstka dociera na szczyt. Czwórka dziewczyn  zawraca do schroniska i fotografuje ze zbocza zachód słońca. Ci którzy weszli widzieli prawdziwy dynamiczny spektakl w wykonaniu głównie Świnicy oraz pędzących chmur. Tego zachodu na pewno długo nie zapomnę. Zaraz po zachodzie podejmujemy jednogłośnie decyzję o jak najszybszym spakowaniu i zejściu na dół. 
















Zejście z Koziego Wierchu po zachodzie już nie jest takie łatwe i przytrafia się Agnieszce mały wypadek. Na szczęście po założeniu opaski nasmarowaniu kolana maścią i wzięciu proszka przeciw bólowego powoli schodzimy na dół. Całą drogę Agnieszce dzielnie pomaga Czarek. Około 2:00 docieramy do Willi.
Kolejny dzień planowaliśmy zacząć od krótkiego wschodu słońca, jednak po dwóch tak wyczerpujących dniach nikt się nie budzi i wysypiamy się za dwa dni. Po wstaniu udaję się na śniadanie gdzie Pani Anna wprawia mnie w osłupienie serwując mi na śniadanie ogromną jajecznicę z co najmniej 10 jajek (jajecznica była bardzo dobra jednak poległem i nie dałem rady całej zjeść za co gorąco przepraszam i uprzejmie dziękuję za pyszne śniadanie). W sobotę odpoczywaliśmy przy zajęciach teoretycznych. Brak jakiegokolwiek pleneru wychodzi nam na dobre jednak to pogoda nas do tego zmusiła.
Niedzielę zaczynamy od wyjazdu o 0:00 w rejon ronda w Kuźnicach skąd zaczynamy podejście na Kasprowy Wierch przez Halę Gąsienicową. 


Na szczycie jesteśmy całą ekipą ale już ośmio osobową, bo każdego dnia jedna osoba odpadała. Ponieważ weszliśmy trochę za wcześnie to możemy zrobić jeszcze parę zdjęć nocnych ze szczytu. 





W momencie kiedy zaczyna się wschód słońca dopadają nas mgły i przeraźliwa wilgoć. Niestety większość zdjęć z początku wschodu nie udaje mi się, bo nie nadążam wycierać zaparowanego obiektywu. Po pojawieniu się pierwszych promieni słońca z minuty na minutę jest coraz ładniej i łatwiej fotografować bo obiektywy już nie parują. Drogę powrotną zaczynamy chwilę po tym jak pierwsza kolejka z turystami wjeżdża na górę. 



















Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Murowańcu na małe co nie co. Schodzimy do Kuźnic gdzie zjadamy obiad i prawie cała ekipa odwozi mnie na dworzec autobusowy. Tam żegnają mnie ocierając łzy chusteczkami a ja udaję się na ławkę czekać na swój autobus. Zanim wyjechałem z Zakopanego już tęskniłem za całą wesołą ekipą oraz za wspólną wspinaczką. Nocne wędrówki wcale się nie dłużyły zwłaszcza dzięki Czarkowi, który wszystkich potrafił rozbawić jak i niektórych przestraszyć ( numer jeden wyjazdu to stanowczo chrumkający niedźwiedź w wykonaniu Czarka).Podczas jednego dosyć krótkiego pleneru udało mi się wejść na dwa najwyższe szczyty polskich Tatr (Rysy oraz Kozi Wierch który cały jest po polskiej stronie) z czego jestem bardzo zadowolony. Do domu przywiozłem wspaniałe wspomnienia i całkiem niezłe zdjęcia ;-)